piątek, 29 lipca 2016

Lekkość.

   Zawsze pociągała mnie idea lekkiego życia. Za moich chrześcijańskich czasów wielkim moim pragnieniem było kierowanie się cnota ubóstwa. Cnota, posiadania tylko tego, co jest mi potrzebne, tego, co jest dla mnie ważne. Nie pragnęłam biedy, zaniedbania, jakie reprezentowali niektórzy święci  lecz prostoty życia. W wymiarze zewnętrznym i wewnętrznym. Lekkości życia.
W Ewangelii czytamy " Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mol i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną: w niebie skarby sobie gromadźcie , gdzie ani mol, ani rdza nie niszczą, i gdzie złodzieje się nie włamują i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje" (Mt, 6,19-21).
To jeden z moich ulubionych fragmentów. W czymkolwiek, kimkolwiek ulokujemy nasze pragnienia, za tym będziemy podążać. To będziemy kochać i to w jakiś sposób będzie nas określać. W którą wiec stronę ma iść nasze serce? Za czym? Czy chcemy, by rzeczy materialne obciążały je, blokowały mu drogę, spowalniały je?
Nie mowie tutaj o całkowitym wyzbyciu się rzeczy materialnych. Mowie o intencjonalnym wybieraniu i umieszczaniu w naszym życiu tego, co nam jest potrzebne, co ma dla nas prawdziwa wartość i co, chcemy, by nas określało. O wyzbyciu się tego, co zagłusza nasze Bycie.
Oczywiście, nie każdemu takie życie odpowiada. Dla mnie jednak jest ono ideałem, do którego staram się dążyć. 
   Islam uczy nas, byśmy byli na tym świecie jak podróżni. Nie zatrzymujemy się tu na długo, tylko kilka dni, może godzin. Czy naprawdę potrzebujemy aż tyle bagażu?
   Od jakiegoś już czasu wyzbywam się rzeczy z naszego domu. Bardzo bym chciała żyć lekko. Otaczać się tylko pięknem i tym, co użyteczne. Zbudować w moim domu oazę dla naszej rodziny.
Nie jestem materialistka, nie jestem "chomikiem", a jednak wciąż odczuwam, ze w moim życiu są przedmioty , które mnie obciążają. Fizyczne i nie. Chce się ich wyzbyć. Chce je zidentyfikować i uwolnić się od nich. 
   Jedna z kategorii, która jest dla mnie największym problemem, są książki. Za licealno - studenckich czasów wyobrażałam sobie swoje przyszłe mieszkanie udekorowane stosami książek od podłogi po sufit. I szczerze powiem, ze podobają mi się tego typu zdjęcia, znajdywane w internecie. Ale wiem, ze w takiej przestrzeni nie potrafiłabym żyć. 
Kocham książki, ale patrze na moja półkę i widzę takie, których nigdy nie przeczytałam lub porzuciłam w połowie. Byl czas, ze każdą polecana na jakimś blogu książkę od razu zamawiałam,  Albo kupowałam np. pozycje filozoficzne, gdy czułam, ze za bardzo pochlania mnie życie codzienne, przyziemność. Gdy chciałam się od niej oderwać. Książki te, gdy przeczytałam dwa rozdziały, lądowały na polce - spełniły tymczasowo swoja role. Nigdy do nich już nie wracałam. 
Części już się pozbyłam, cześć nadal wola do mnie z polki.  Postanowiłam, ze czas się z nimi rozstać.
Każda po kolei przeczytam i zdecyduje czy ja zatrzymać, czy oddać w inne ręce. 
Może to potrwać, ale będę się starała dzielić z Wami moimi postępami. Plan wejdzie w życie od września, inshallah, ponieważ obecnie mam spory stosik książek z biblioteki, przyniesionych "na lato". 
Zyczcie mi powodzenia. 

środa, 27 lipca 2016

Modrze.

   "Wsi spokojna, wsi wesoła..."
   Modrze, w którym był Dom Babci. Moja letnia (i nie tylko ) przystań.
   Gdy myślę o Modrzu, zawsze widzę słońce. A przecież i tam padał deszcz. Ale w moich wspomnieniach - słońce. Babcia tez zawsze była tam słońcem. Białym, pięknym, ciepłym. Spokój, światło razi oczy. Czas zawieszony. 
   Modrze. Zawsze było dla mnie domem. Przystania. Jezusowa pustynia. Mahometańską grota. Miejscem, gdzie można odpocząć, odrzucić wszystko, co było, schować się i być kimś innym. Lub zastanowić się, kim tak naprawdę się jest. Modrze w moich oczach jest Arkadia. 
   Pamiętam chłodne poranki. Słońce świeciło w nie z wielka mocą. Sąsiadki pełne uśmiechów. Jeszcze nie zmęczone życiem. Żyjące wtedy jeszcze...
   Pamiętam środy, gdy dom pachniał praniem i wypełniony był buczeniem Frani. Zalane podłogi. 
   Pamiętam pyszne drożdżówki, pulchny chleb i kiełbasę śląska. Zielone ogórki, kiszone ogórki, z których tryskał sok, pomidory dojrzewając w szufladzie,warzywa prosto z ogródka, zupę , "w której masz wszystko". Rarytasy.
   Pamiętam upały i spiekotę dnia. Wylegiwanie się na leżakach. Książki połykane w całości. I popijane herbata z mojego kubka z lwem.  W Modrzu zakochałam się w Prusie. Pochłonęłam "Lalkę" idąc do piątej klasy. W Modrzu zawsze trzeba się było w kimś zakochać. Realnym, fikcyjnym. Tak działało lato.
   Pamiętam odpoczynek. Babcie siedzącą na obórce, czytającą bajki pod piecem, grającą w "chińczyka" z sobą sama, układająca puzzle. Pamiętam prace. Babcie wykręcającą ręcznie pranie ( "Nie bierz jeansów" mówiła Mama), Babcie rąbiącą drewno, rozpalającą w piecu, niosącą torby z zakupami, pielącą ogródek. 
   Nie wiem dlaczego tak pokochałam Modrze. Tak naprawdę nigdy tam nas nikt nie chciał (dzieci), bo byliśmy  "z miasta". Byliśmy zawsze turystami. Szczerze mówiąc, w mało turystycznym miejscu.
   A jednak tamto życie, przez te dwa miesiące w roku, było dla mnie prawdziwsze, cenniejsze. 
   Kochałam spacery po złotych polach, wyprawy w gryzący, klujący las - po jeżyny. Lalki z kukurydzy. Wizyty na cmentarzach pachnących wilgocią.
   Pamiętam, ze zawsze budziły mnie muchy.  Brzęczące, denerwujące muszyska, których za nic nie można się było latem pozbyć. W pokoju zalanym światłem. Zza okna dochodziły ptasie pohukiwania. I cień drzewa jarzębiny. Soczystej, czerwonej, klejącej i słodkiej. "...korale z polnej jarzębiny..." ( no może nie tak polnej w tym przypadku). I z żołędziowych czapek, bardziej wytworne. 
   Pamiętam spacery z Babcia do parku po "drwa na rozpałkę" i trzaskające w piecu szyszki. I pamiętam ławkę pod ta piękną, olbrzymia lipa. 
   Tyle rzeczy pamiętam... Tyle jeszcze chce pamiętać...
   Wieczory przy kuchennym stole, gdy zapadał zmrok, a ja czytałam do ostatniego promyka światła. Lub pisałam moje książki i opowiadania. Patrzyłam na ukochany kasztanowiec i czułam taka melancholie i tęsknotę... już tęsknotę...
Odtąd zawsze pragnęłam na ten kasztanowiec patrzeć. I dziś patrze!  Na inny, ale jest. Stoi za oknem, ukochany.
   Tęsknota za Modrzem we mnie jest ogromna. Za niczym tak nie tęsknie po opuszczeniu kraju. Jak za tym słońcem, ciepłem, pachnącym powietrzem,śmiechem, praca, prostata i pięknem. I ludźmi. 
Modliłam się zawsze, by ono nie zniknęło z mego życia. Ale znika. Odchodzi.
Bardzo pragnę, by moim dzieciom dane było doświadczyć takiego "Modrza". Bym mogła im je stworzyć.
Ameen.