środa, 27 lipca 2016

Modrze.

   "Wsi spokojna, wsi wesoła..."
   Modrze, w którym był Dom Babci. Moja letnia (i nie tylko ) przystań.
   Gdy myślę o Modrzu, zawsze widzę słońce. A przecież i tam padał deszcz. Ale w moich wspomnieniach - słońce. Babcia tez zawsze była tam słońcem. Białym, pięknym, ciepłym. Spokój, światło razi oczy. Czas zawieszony. 
   Modrze. Zawsze było dla mnie domem. Przystania. Jezusowa pustynia. Mahometańską grota. Miejscem, gdzie można odpocząć, odrzucić wszystko, co było, schować się i być kimś innym. Lub zastanowić się, kim tak naprawdę się jest. Modrze w moich oczach jest Arkadia. 
   Pamiętam chłodne poranki. Słońce świeciło w nie z wielka mocą. Sąsiadki pełne uśmiechów. Jeszcze nie zmęczone życiem. Żyjące wtedy jeszcze...
   Pamiętam środy, gdy dom pachniał praniem i wypełniony był buczeniem Frani. Zalane podłogi. 
   Pamiętam pyszne drożdżówki, pulchny chleb i kiełbasę śląska. Zielone ogórki, kiszone ogórki, z których tryskał sok, pomidory dojrzewając w szufladzie,warzywa prosto z ogródka, zupę , "w której masz wszystko". Rarytasy.
   Pamiętam upały i spiekotę dnia. Wylegiwanie się na leżakach. Książki połykane w całości. I popijane herbata z mojego kubka z lwem.  W Modrzu zakochałam się w Prusie. Pochłonęłam "Lalkę" idąc do piątej klasy. W Modrzu zawsze trzeba się było w kimś zakochać. Realnym, fikcyjnym. Tak działało lato.
   Pamiętam odpoczynek. Babcie siedzącą na obórce, czytającą bajki pod piecem, grającą w "chińczyka" z sobą sama, układająca puzzle. Pamiętam prace. Babcie wykręcającą ręcznie pranie ( "Nie bierz jeansów" mówiła Mama), Babcie rąbiącą drewno, rozpalającą w piecu, niosącą torby z zakupami, pielącą ogródek. 
   Nie wiem dlaczego tak pokochałam Modrze. Tak naprawdę nigdy tam nas nikt nie chciał (dzieci), bo byliśmy  "z miasta". Byliśmy zawsze turystami. Szczerze mówiąc, w mało turystycznym miejscu.
   A jednak tamto życie, przez te dwa miesiące w roku, było dla mnie prawdziwsze, cenniejsze. 
   Kochałam spacery po złotych polach, wyprawy w gryzący, klujący las - po jeżyny. Lalki z kukurydzy. Wizyty na cmentarzach pachnących wilgocią.
   Pamiętam, ze zawsze budziły mnie muchy.  Brzęczące, denerwujące muszyska, których za nic nie można się było latem pozbyć. W pokoju zalanym światłem. Zza okna dochodziły ptasie pohukiwania. I cień drzewa jarzębiny. Soczystej, czerwonej, klejącej i słodkiej. "...korale z polnej jarzębiny..." ( no może nie tak polnej w tym przypadku). I z żołędziowych czapek, bardziej wytworne. 
   Pamiętam spacery z Babcia do parku po "drwa na rozpałkę" i trzaskające w piecu szyszki. I pamiętam ławkę pod ta piękną, olbrzymia lipa. 
   Tyle rzeczy pamiętam... Tyle jeszcze chce pamiętać...
   Wieczory przy kuchennym stole, gdy zapadał zmrok, a ja czytałam do ostatniego promyka światła. Lub pisałam moje książki i opowiadania. Patrzyłam na ukochany kasztanowiec i czułam taka melancholie i tęsknotę... już tęsknotę...
Odtąd zawsze pragnęłam na ten kasztanowiec patrzeć. I dziś patrze!  Na inny, ale jest. Stoi za oknem, ukochany.
   Tęsknota za Modrzem we mnie jest ogromna. Za niczym tak nie tęsknie po opuszczeniu kraju. Jak za tym słońcem, ciepłem, pachnącym powietrzem,śmiechem, praca, prostata i pięknem. I ludźmi. 
Modliłam się zawsze, by ono nie zniknęło z mego życia. Ale znika. Odchodzi.
Bardzo pragnę, by moim dzieciom dane było doświadczyć takiego "Modrza". Bym mogła im je stworzyć.
Ameen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz